25 GRAMÓW SZCZĘŚCIA

Tytuł: „25 gramów szczęścia”
(jak mały jeż może ci zmienić życie)
Autor: Massimo Vacchetta (we współpracy z Antonellą Tomaselli)
Wydawca: Sperling&Kupfer (31.X 2016)
Massimo Vacchetta, weterynarz z duszą poety, opowiada o swym nadzwyczajnym spotkaniu z bezbronnym jeżem, który nie tylko pomaga mu wyjść z depresji, ale inspiruje go do nowego celu, tj. do otwarcia Centrum Leczniczego dla Jeży w miejscowości Novello koło Cuneo (Piemont).
„25 gramów szczęścia” (25 gr – tyle ważył jeż o imieniu Ninna) jest piękną i wzruszającą historią o tym, jak mały jeż może zmienić komuś życie. Ta książka szybko stała się bestsellerem we Włoszech i ukazała się m.in. we Francji, Niemczech, Szwecji, Finlandii, Wlk. Brytanii, USA, Japonii i również w Polsce.

FRAGMENTY

(…) Po ukończeniu liceum postanowiłem zostać weterynarzem. Osobom z najbliższego otoczenia, ale również mnie samemu, ten wybór wydawał się dość przypadkowy. Jednak wcale nim nie był. Zdałem sobie sprawę dopiero później, że miał on korzenie dalekie, bo w moim dzieciństwie. A może pragnienie pomocy zwierzętom wręcz urodziło się ze mną? Kto wie. Jednakże po latach tej pracy (Massimo jest specjalistą w leczeniu bydła – mój przyp.) coś mi nie pasowało. Brakowało mi czegoś, jakiejś ważnej rzeczy, której nie potrafiłem określić.
Greta, osoba pragmatyczna, naciskała na mnie: „Spróbuj robić coś innego. Na przykład mógłbyś zainteresować się małymi zwierzętami – psy, koty… – tymi do towarzystwa. Czy wiesz, że  zarobiłbyś o wiele więcej? I powinieneś też myśleć o emeryturze czy o ubezpieczeniu”. Wydawało mi się, że mam obok mojego ojca: rób to, rób tamto. Ale ja nie byłem i nie jestem taki. Jestem przeciwieństwem tych, co programują sobie życie. Nie było to w moim stylu. Nie widziałem siebie zamkniętego w ambulatorium wśród szczepionek i mikrochipów. Byłem przyzwyczajony do sytuacji odmiennych, z pewnością bardziej ekstremalnych. Mimo to…
Mimo to, pod niemałym wpływem Grety, zacząłem pracować w dwóch ambulatoriach dla małych zwierząt. Tylko dwa razy w tygodniu. Właśnie docierałem do jednego z nich, gdzie miałem zastąpić przez cały weekend Andreę. Po przywitaniu wyjaśnił mi on każdą rzecz do wykonania. Zanim się rozstaliśmy, pokazał mi pudełko. W środku było zwierzątko. Było bardzo małe.
” To jest jeż” – powiedział.
Patrzyłem na niego z ciekawością.
„Znalazła go pewna osoba w swym ogrodzie. Jest sierotą. Przyniosła mi go, bo nie wiedziała jak się nim zaopiekować” – kontynuował Andrea.
Jeżyk miał oczy jeszcze zamknięte. I skórę całą różową, bez włosów. Kolce były białe i miękkie, trochę chaotyczne. Podnosiły się dokładnie za jego maleńkimi uszami i rozpościerały się, pokrywając całe plecy.
” Urodził się może dwa-trzy dni temu, waży tylko 25 gramów” – sprecyzował Andrea.
„25 gramów, czyli właściwie nic…” – skomentowałem.
„No właśnie. Będziesz musiał go dobrze odżywiać (…)”.
Wziąłem jeżyka i oparłem go na dłoni, by obserwować go lepiej. Zatrzymałem na chwilę wzrok na przednich stopkach: cienkie palce upodobniały je do malutkich rąk. Uderzyło mnie to porównanie, ale stłumiwszy emocję, która we mnie wzbierała, zaproponowałem Andrei z uśmiechem: „Zróbmy sobie z nim zdjęcia, potem zamieścimy je na Facebooku.
Wykonaliśmy kilka selfie smartfonem. Ja, on i jeż. Ja i jeż. On i jeż. Wybraliśmy najlepsze do opublikowania. Pożegnaliśmy się. I wróciłem do domu, gdzie czekala na mnie Greta (…)
Na drugi dzień, jak uzgodniłem z Andreą, udałem się do jego ambulatorium. Postanowiłem w pierwszej kolejności zająć się jeżem. To zwierzątko poprzedniego dnia wywołało we mnie pewną czułość. Otworzyłem drzwi i znieruchomiałem. Usłyszałem kwilenie. Płacz cichutki, jak u pisklęcia, albo u ptaszka. Małe i ciągłe pojękiwania, przeplatane małymi przerwami, trafiały wprost do serca i raniły mnie. Dźwięki słabe, a jednocześnie ostre, pełne łez.
Jeż prosił o pomoc (…)
Popatrzylem na niego innymi oczami. Wiedziałem, że jest sierotą. Przemknęła mi w wyobraźni jego matka, może potrącona przez auto, gdy szukała pożywienia, a może zgnieciona na asfalcie, w każdym razie niezdolna do powrotu do nory. Wyobraziłem go sobie, oczekującego nadaremnie. I jego wielki strach. Prawdopodobnie wyszedł zdesperowany ze swej nory, aby szukać swej mamy. I nagle, jakby piorun we mnie uderzył, poczułem jego samotność. Całą i bezmierną. Rozpoznałem ją. Była jak moja, jak moja w dzieciństwie.
25 GRAMÓW SZCZĘŚCIA ultima modifica: 2018-05-19T14:27:24+00:00 da Mariola Gladysz

Post Author: Mariola Gladysz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *