POCIĄG Z DZIEĆMI

Tytuł książki: „Pociąg z dziećmi”
Autor: Viola Ardone
Wydawca: Giulio Einaudi Editore (wrzesień 2019)
VIOLA ARDONE (Neapol 1974) wykłada w liceum język włoski i łaciński. Jest autorką książek: „Recepta na zawirowane serce” (2012), „Rewolucja sentymentalna” (2016) oraz „Pociąg z dziećmi” (2019). Ta ostatnia powieść odniosła międzynarodowy sukces na targach książkowych we Frankfurcie, gdzie ponad 25 krajów, w tym Chiny i USA, zakupiło prawa autorskie do jej przekładu. Planuje się również nakręcenie filmu.
———————
Historia jest osadzona we Włoszech w latach powojennych. 70 tys. dzieci z najbiedniejszych obszarów Włoch może skorzystać – jak przewiduje specjalny program polityczny – z kilkumiesięcznej gościny u zasobniejszych rodzin w północnej części kraju. Wśród tych dzieci jest nasz bohater o imieniu Amerigo. Gdy ze swą matką Antoniettą chodzi po ulicach Neapolu, lubi podglądać u przechodniów buty. Jest to jego ulubiona zabawa: but niezniszczony – wygrany punkt, but zdarty – punkt utracony. We własnych butach chodzi mu się źle, bo są z drugiej ręki i nie mają nigdy właściwego numeru. Ameriga znają wszyscy i nazywają go Noblem, gdyż wypowiada się dobrze i wie dużo rzeczy, jako że pilnie słucha wszystkich opowieści.
Jest rok 1946. Chłopiec opuszcza swój Neapol, a przede wszystkim swą matkę (ojciec wyjechał do Ameryki w poszukiwaniu szczęścia), i wchodzi do pociągu zwanego „pociągiem szczęścia”. Przemierza razem z tysiącem innych dzieci z Południa cały półwysep, by spędzić kilka miesięcy w północnych Włoszech. Amerigo – początkowo zagubiony i stęskniony, a potem wciąż bardziej ciekawy – przywiązuje się do nowej rodziny i nawet odkrywa w sobie – dzięki „ojcu z Północy” – talent muzyczny. Po powrocie do Neapolu, pomiędzy chłopcem a matką następuje rozłam, z czasem coraz większy.

FRAGMENT

Moja mama z przodu, a ja tuż za nią. Po zaułkach Neapolu w dzielnicy hiszpańskiej moja mama chodzi szybko: jeden krok ona, dwa kroki ja. Patrzę na buty mijających mnie ludzi. But godziwy – jeden punkt; but dziurawy – utrata punktu. Bez butów – zero punktów. Buty nowe – gwiazdka Premium. Ja własnych butów nigdy nie miałem; noszę używane, które mnie obcierają. Moja mama mówi, że nieprawidłowo chodzę. To nie jest wina moja. To wina cudzych butów, bo mają formę stóp, które wcześniej w nich chodziły. Te buty miały inne przyzwyczajenia, chodziły innymi drogami, zaliczyły inne zabawy. I gdy przybywają do mnie, cóż mogą wiedzieć o tym, jak ja chodzę i gdzie chcę iść? Muszą się przyzwyczaić pomału, ale w międzyczasie stopa rośnie, buty się robią małe i wracamy do punktu wyjścia.
Moja mama z przodu, a ja tuż za nią. Gdzie idziemy, nie wiem; mówi, że to dla mojego dobra. Natomiast coś ukrywa. Dla twojego dobra, a jest tu jakiś haczyk. Również wobec mojego przyjaciela Tommasina użyto fortelu dla jego hm… dobra. Kompani z naszego zaułka dokuczają nam, mówią, że przypominamy dwie czaszki ze Cmentarza Fontanelle*. Tomassino na początku nie był moim przyjacielem. Pewnego razu zobaczyłem jak kradł jabłko z wózka badylarza, który sprzedaje na placu, i wówczas pomyślałem, że nie możemy być przyjaciółmi, bo moja mama Antonietta wyjaśniła mi, że my, owszem, jesteśmy biedni, ale złodziejami nie jesteśmy. W przeciwnym razie staniemy się nędznikami. Ale Tommasino widział mnie i ukradł jabłko również dla mnie. Ponieważ ja tego jabłka nie ukradłem, a jedynie zostało mi ono podarowane, przyjąłem je i zjadłem, bo byłem głodny. Od tego momentu zostaliśmy przyjaciółmi. Przyjaciółmi od jabłek.
Moja mama chodzi po ulicy nie patrząc pod nogi. Ja wlokę się za nią i zliczam punkty dotyczące butów, żeby odgonić strach. Liczę na palcach do dziesięciu i potem zaczynam od początku. Gdy zrobię dziesięć razy dziesięć, zdarzy się coś ładnego, taka jest zasada gry. Rzecz ładna do tego momentu mi się nie wydarzyła, może dlatego że liczyłem źle punkty. Mnie numery podobają się bardzo. Litery natomiast nie: pojedynczo je rozpoznaję, ale gdy łączą się w słowa, po prostu baranieję. Mówi moja mama, że nie chce, abym podzielił jej los, i dlatego wysłała mnie do szkoły. Ja poszedłem, ale nie czułem się w niej dobrze. Przede wszystkim moi kompani wciąż wrzeszczeli, więc wracałem do domu z bólem głowy; ponadto klasa była mała i śmierdziała spoconymi stopami. I jakby tego było mało, musiałem cały czas siedzieć nieruchomo w ławce i używać szablonów literowych. Moja wychowawczyni miała bardzo wydatny podbródek i mówiła jakby miała kluski w buzi, a kto z niej żartował obrywał po głowie. Ja w ciągu pięciu dni oberwałem dziesięć razy. Policzyłem to na palcach, jak punkty przy butach, ale nic nie wygrałem. Do szkoły więc już nie chciałem iść.
Moja mama nie była zadowolona, ale powiedziała, że przynajmniej poznam teraz trud pracy. Na początku byłem zadowolony: chodziło o zbieranie przez cały dzień starych szmat, od drzwi do drzwi, lub na śmietnikach, i zanoszenie ich na targowisko. Po kilku jednak dniach wracałem tak zmęczony, że tęskniłem za obrywaniem batów w szkole.
Moja mama zatrzymuje się przed szaro-czerwonym budynkiem z dużymi oknami. – To tutaj – mówi. Ta szkoła wydaje mi się ładniejsza od wcześniejszej. W środku jest cisza i ponadto nie ma zapachu spoconych stóp. Wchodzimy na drugie piętro i każą nam czekać w korytarzu na drewnianej ławce, dopóki głos nie powie: – „następny”. Zważywszy, że nikt się nie rusza, moja mama rozumie, że „następny” to my, więc wchodzimy.
Moja mama nazywa się Antonietta Nadzieja. Pani, która na nas czeka, zapisuje sobie nazwisko na kartce i mówi: – Została wam tylko ta. Ja natomiast myślę: teraz moja mama odwróci się na pięcie i wrócimy do domu. Natomiast nie (…)
…Ta pani mówi, że wiele porządnych ludzi im zaufało, że moja mama Antonietta jest osobą odważną, i że swemu synowi robi prezent. Ja prezentów nie miałem nigdy, oprócz starego pudełka na przybory do szycia, gdzie umieściłem wszystkie moje skarby.
Moja mama Antonietta czeka, aż ta pani Maddalena skończy mówić, bo rozmowy nie są jej silną stroną.
Maddalena mówi, że dzieciom trzeba dać okazję. Ja byłbym bardziej zadowolony, gdyby dała mi chleb, cukier i ser ricotta. Zjadłem go pewnego razu na imprezie u Amerykanów, na którą udało mi się wcisnąć razem z Tommasino (buty stare: tracę punkt).
Moja mama milczy, dlatego Maddalena wciąż mówi: – zorganizowano specjalne pociągi, aby zawieźć tam dzieci. Moja mama się odzywa: – Mogę wam wierzyć? Z mojego synka – widzicie go – jest niezły ananas. Maddalena odpowiada, że umieszczą wiele dzieci wewnątrz pociągu, nie tylko mnie. – A więc to nie jest szkoła! – rozumiem wreszcie, i uśmiecham się. Moja mama Antonietta się nie uśmiecha. – Gdybym miała wybór, nie przyszłabym tutaj, tylko jego posiadam, bądźcie uważni.
Gdy wracamy, moja mama idzie wciąż przede mną, ale wolniej. Przed nami znajomy stragan z pizzą, który zawsze obskakuję z płaczem, dopóki nie otrzymam… klapsa. Mama zatrzymuje się. – Pizza smażona z ricottą – mówi do młodzieńca za ladą – Tylko jedna.
Ja tym razem o nic nie prosiłem, a więc myślę, że jeśli moja mama z własnej woli chce mi kupić pizzę smażoną w środku ranka, to jest w tym jakiś podstęp.
Młodzieniec wręcza mi pizzę żółtą jak słońce i szerszą od mojej twarzy. Ja ją biorę obydwoma rękami, ze strachu, by mi nie upadła. Jest ciepła i pachnąca, wącham ją i przyjemny zapach oleju uderza mnie w nozdrza. Moja mama schyla się i patrzy mi prosto w oczy. – A więc… wszystko słyszałeś. Jesteś już duży, wkrótce skończysz 8 lat. Sytuację naszą znasz.
Usuwa mi dłonią tłuszcz z twarzy. – Daj skosztować również mnie – i odrywa sobie kawałeczek. Potem się wyprostowuje i idziemy do domu. Nie pytam się o nic, idziemy. Moja mama w przodzie, a ja tuż za nią (…).
———————————————————————————————————————–
*Cmentarz Fontanelle w Neapolu to cmentarz wykuty w skale wulkanicznej, w którym zamiast grobów są poukładane równo koło siebie czaszki i kości.
POCIĄG Z DZIEĆMI ultima modifica: 2020-04-04T17:29:04+00:00 da Mariola Gladysz

Post Author: Mariola Gladysz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *